Odłóżcie telefony, notatniki, komputery. Zamknijcie na 5 sekund oczy. Wyobraźcie sobie trzylatka. Jest czystą energią, ciekawością, hałasem. Dziecko pełne nadziei, radości i zaufania. Głodne wiedzy i doświadczeń.
A teraz otwórzcie oczy… i wyobraźcie sobie, jak to światło gaśnie. Nie nagle. Po cichu. Gaśnie w doświadczeniu przemocy, w hormonalnej burzy i w algorytmach, które skazują je na porażkę w starciu z wyfiltrowanym ideałem.
Gaśnie w samotności, którą my, dorośli, zbyt często mylimy z samodzielnością.
Gaśnie w ciszy, która nie jest spokojem, ale pustką.
Wychowując dziecko podejmujemy najważniejszą i najtrudniejszą rolę życiową.
Ta rola podszyta jest bezbrzeżną miłością rodzica do dziecka, ale też przytłaczającym lękiem i odpowiedzialnością.
Pełnienie tej roli utrudniają dziś badania dotyczące kondycji psychicznej dzieci i młodzieży, rozprzestrzeniania przemocy rówieśniczej, autoagresji i zachowań samobójczych, które omawiane są w przestrzeni publicznej by szokować, które zamiast wyjaśniać zjawiska i dawać odpowiedzi, jak im zapobiegać. Wychowanie młodego człowieka utrudniają pseudopsychologiczne bzdury i fałszywe przekonania, że jeśli tylko dość mocno się postaramy, nasze dzieci nie doświadczą kryzysów.
Staramy się wiec bez wytchnienia. Walczymy więc o lepsze warunki, o dodatkowy angielski, hiszpański, balet, treningi tenisa i warsztaty kulinarne, codziennie walczymy o to, by dzieciom „niczego nie brakowało”.
A brakuje im nas.
Nasze „nie teraz” zbyt często zmienia się w „nigdy”. Nasze „skup się na nauce” nie motywuje, a buduje mur milczenia.
Bo nikt nie chce rozmawiać, gdy nie czuje się usłyszany.
Świat wokół trzepaka zniknął. Zniknęła nuda dająca kreatywność i poczucie bezpieczeństwa wynikające ze społecznej obecności. Nie pojawiła się jednak uważność. Zamiast rozmawiać – nadajemy komunikaty, odtwarzamy formułki. Wysyłamy instrukcje, wymieniamy słowa.
Pęd XXI wieku przyniósł nam ciszę. Ciszę, która aż dźwięczy w uszach.
Wartościowa rozmowa stała się sztuką. Umiejętnością nielicznych.
Nieograniczona ekspansja funkcjonowania cyfrowego sprawia, że świat traci granice i staje się labiryntem, przez który trudno przejść bez doświadczenia, mapy, przewodnika.
Mówiąc te słowa mam przed oczami wiadomość od nastolatki, którą przesłała ostatnio w serwisie zwjr.pl Ma 16 lat, chce być ortopedą. Gra na skrzypcach, udziela się w harcerstwie. I jest w tym wszystkim bardzo samotna. Napisała „Nawet nie wiecie, jak bardzo chciałabym, żeby w moim życiu był ktoś, kto weźmie mnie za rękę i przeprowadzi przez ten trudny moment”. Bo mimo trudności, ona próbuje znaleźć swoją drogę.
Wielu jej rowieśników coraz częściej nawet nie próbują – bo znalezienie własnej drogi to wysiłek, a nowe technologie – podające wszystko na tacy - nauczyły ich, że wysiłki nie trzeba podejmować.
Gubiąc się w ciszy, gubimy człowieczeństwo. W pędzie codzienności zapominamy, że jesteśmy istotami społecznymi, które w całej przepięknej różnorodności jednoczą trzy podstawowe potrzeby: akceptacji, uznania i przynależności.
Od zarania dziejów człowiek potrzebował wspólnoty. Teraz próżno ich szukać. Mamy więcej kontaktu niż kiedykolwiek — i coraz mniej relacji. I kiedy możemy „wszystko”, nie robimy tego, co jest nam niezbędne, by być szczęśliwymi i rozwijać się dalej.
Bombardujemy siebie i dzieci presją, oczekiwaniami, ocenami, chaosem, brakiem czasu, samotnością, niezrozumieniem.
Cierpią na tym nie tylko dzieci, ale i my sami.
- bo tak naprawdę nie wiemy, co się u nich dzieje
- bo w obliczu problemów czujemy się przygnieceni wyrzutami sumienia
- bo nie wiemy jak pomóc
A relacja z rodzicem to najważniejszy czynnik chroniący w życiu dziecka.
I najbardziej satysfakcjonujący wymiar ludzkiego funkcjonowania.
Jak wychować dziecko na dobrego człowieka – bądź dobry.
Jak nauczyć go rozmowy – rozmawiaj.
To czego nie zamodelujemy, nie pokażemy, nie nauczymy – nie wydarzy się. A pustkę zastąpi ktoś inny.
Nie zawsze dobry
Nie zawsze uczciwy
Nie zawsze bezpieczny
Stanie się tak, bo życie nienawidzi pustki.
W świecie w którym każdy na praktycznie nieograniczony dostęp do dzieci i nastolatków, nasza milcząca obecność skazana jest na przegraną. Bezpieczeństwo definiowane przez geografię – podwórka, osiedla, miasta, województwa czy kraje przestało istnieć w dobie nowych technologii.
17-latek przezwyciężający depresję powiedział mi kiedyś „Niech Pani powie kilka słów ode mnie na jakiejś ważnej konferencji, i myślę, że nie mogłam wybrać lepiej. Powiedział – niech Pani powie nie o tym, co dają nam technologie, ale o tym, co nam zabrały – o relacjach, takich, jak ta nasza. Siedzimy i rozmawiamy, za często tak nie mam”.
Słuchajmy dzieci – one potrafią określić swoje potrzeby celniej, niż robimy to my.
Rozmowa potrzebna jest nam do życia jak powietrze. Jest nośnikiem wartości, stanów emocjonalnych, myśli i doświadczeń, z którymi nie zawsze jesteśmy w stanie poradzić sobie w pojedynkę. I ma to bardzo poważne skutki, bo jeśli w obliczu kryzysu emocjonalnego nie mamy wiedzy co z nim zrobić, nie wiemy kogo poprosić o pomoc i nikt nas nie zauważa – zapadamy się w nim.
Radzenia sobie z napięciem emocjonalnym każdy z nas musi się nauczyć. Tak jak czytania, pisania i liczenia. Nie rodzimy się z umiejętnościami, nabywamy je, jedna po drugiej. Brak modelowania – przez wspólne spędzanie czasu i rozmowy to pozostawienie dzieci samymi sobie w obliczu emocjonalnych napięć – które pojawiąją się w życiu, bo są jego elementem, tak jak kryzys.
Jeśli nie wierzycie – zróbmy prosty test. Proszę by rękę podniosły osoby, które w swoim życiu nie doświadczyły kryzysu.
No dobrze. A może chociaż w tym roku ktoś z Państwa nie chciał tego wszystkiego rzucić?
„Wiecie, co słyszę od rodziców dzieci w kryzysie najczęściej?
‘Myśleliśmy, że to minie’”
I wtedy wspólnie uświadamiamy sobie, że największą tragedią nie jest kryzys dziecka.
Tylko to, że dziecko było z nim samo przez wiele miesięcy.
Boimy się czegoś, co jest naturalne. Szukamy alternatywnych wytłumaczeń, by tylko „nie było tak źle”, by chronić dzieci. I milczymy. Zostawiając dzieci same sobie.
A kryzys, którego nie usłyszymy na czas, staje się długiem, który dziecko spłaca latami. To ryzyko doświadczenia przemocy rówieśniczej off i online, depresji, sięgania po substancje psychoaktywne, zaburzeń lękowych i odżywiania, uzależnień, autoagresji, a – w najgorszym scenariuszu – ostatecznej ciszy, której nie da się przerwać.
Rodzice często pytają mnie w gabinecie: „Dlaczego on nam nic nie powiedział? Przecież byśmy pomogli, jest dla nas najważniejszy”. Pytają przez łzy, ze złością, z poczuciem winy.
Pamiętajcie: rodzicielska miłość nie chroni przed kryzysem. Ale jest najpotężniejszą siłą, by go przetrwać.
Wiem to od młodych osób, którym towarzyszę w przezwyciężaniu kryzysów. Kiedy jesteśmy na końcu tej trudnej drogi pytam o to, co się zmieniło w ich życiu. Zawsze mówią: rodzina.
Tak też powiedziała nastolatka, która po dwóch ciężkich latach w depresji właśnie pisze maturę.
Rodzice więcej rozmawiają.
Ja więcej mówię sama z siebie.
Wiem, że mogę na nich liczyć.
Powiedziała też – nie wierzę, że wyszłam z tak ogromnego mroku. I bardzo dziękuję, że nigdy Pani nie przesłała wierzyć, że to się uda. Nawet kiedy ja i rodzice przestawaliśmy mieć na to nadzieję. Pani obecność to jak element układanki, bez którego nie byłoby mojej przyszłości. Mówię o tym nie dlatego, że jestem kimś wyjątkowym – ale by pokazać, jak ważna dla młodych w kryzysie i ich rodziców jest obecność profesjonalistów.
Ta nastolatka powiedziała mi też ostatni „ nie pytam już, dlaczego mnie to spotkało, tylko odkrywam, jak dużo mnie to nauczyło”.
Zmiana w bliskich relacjach, zdobycie nowych umiejętności i zmiana sposobie myślenia to fundamenty na życie. One nie sprawią, że kryzysów nie będzie. Bo kryzysy są częścią życia. To fundamenty na życie we wzajemnej trosce i poczuciu, że w trudnych jego momentach mogę liczyć na siebie i osoby w moim otoczeniu, także profesjonalistów, które wesprą nas wszystkich.
Jak przerwać tę ciszę, która nie daje poczucia bezpieczeństwa, nie buduje, pozwala udawać i jest nośnikiem samotności?
Nie pytajcie dzieci – i siebie nawzajem „Czy wszystko u Ciebie OK?”.
Ta fraza wymaga potwierdzenia. Żadna z osób w kryzysie, bez względu na wiek, na takie pytanie nie odpowie „Dziękuję, że pytasz, w sumie u mnie fatalnie”. Odpowiadają zgodnie z oczekiwaniem pytającego – „tak, jasne, wszystko pod kontrolą”. Bo nie dostają przestrzeni, by powiedzieć, że nie jest dobrze. Bo się wstydzą, bo nie chcą dokładać problemów, bo boją się zbagatelizowania. Bo to pozwala im dalej udawać.
W obliczu zauważonych zmian w zachowaniu dziecka – sięgajcie po pierwszą pomoc emocjonalną. To sposób rozmowy dostępny do każdego z nas, który pomaga zapobiegać kryzysom, a także z nich wychodzić.
Jestem niestrudzoną propagatorką pierwszej pomocy emocjonalnej, nie odmówię sobie możliwości omówienia dla Państwa prostej zasady – 4 x Z, która wyjaśnia, jak ją stosować. Chcę, żebyście wyszli nie tylko z emocjami, refleksją, ale nadzieją płynącą z narzędzia, do którego możecie się odwołać.
1. Zauważ (nie tylko wzrokiem, ale i sercem, gdy coś Cię w nim kłuje – to ważny znak). Powiedz na głos co zauważasz, co Cię niepokoi. Zaproś do rozmowy. Nie czekaj, aż ktoś sam powie „Jest mi źle”. Rozbrój wstyd, pokaż, że można rozmawiać o problemach. I pokaż, że naprawdę słuchasz.
2. Zapytaj, żeby zrozumieć. Powody kryzysów nie podlegają ocenie czy wartościowaniu – to co Ciebie na pewno by nie dotknęło, mogło być ciosem w samo serce Twojego rozmówcy.
3. Zaakceptuj (to, co słyszysz, nawet jeśli to trudne). Nie przyspieszaj, rozmawiaj o emocjach, normalizuj je, pomagaj nazywać – a więc uwalniać.
4. Zareaguj (wspólnie, nie zamiast dziecka). Odbyłam z dziećmi w kryzysie dziesiątki tysięcy rozmów – płynie z nich jeden wniosek – nie ma uniwersalnego sposobu rozwiązania problemów. Zanim zaczniesz myśleć o tym, jak przezwyciężyć kryzys – spójrz na świat oczami dziecka, które go doświadcza. To klucz to znalezienia właściwego rozwiązania.
Pierwsza pomoc emocjonalna powstała na wzór pierwszej pomocy przedmedycznej. Naturalnym jest dla nas zareagować, kiedy widzimy wypadek, pożar, omdlenie. Bo się tego uczymy, powtarzamy co 2 – 3 lata. To sprawia, że czujemy się pewnie w obliczu zagrożenia.
Pierwszej pomocy emocjonalnej też możemy się nauczyć, przywracać nią relacje i poczucie bezpieczeństwa, a także czerpać z niej niesamowitą satysfakcję. Czekając na powszechny system edukacji w zakresie pierwszej pomocy emocjonalnej – rozmawiajmy. Zmiana, to MY.
Na koniec mam do Państwa jedną prośbę. Dziś lub jutro, gdy wrócicie do domów, do swoich dzieci, partnerów, bliskich – zatrzymajcie się na chwilę. Popatrzcie im w oczy i powiedzcie: „Kocham Cię i jestem obok Ciebie”. A potem powtarzajcie to codziennie. I po prostu - rozmawiajcie.
Bo nigdy nie wiecie, kiedy zwykła rozmowa stanie się dla kogoś powodem, żeby zostać.